Nr 3: Za co kocham domenę publiczną?

Wstęp

Byłam w zeszłą sobotę na pokazie niemego filmu z 1920 z improwizowaną muzyką na żywo. I to było cudowne przeżycie. Zainspirowało mnie też do napisania o paru aspektach domeny publicznej i otwartych licencji, które uwielbiam.

Rozwinięcie

Prawo autorskie to skomplikowany temat, licencji jest dużo, różne prawa obowiązują w różnych krajach. Nie znam się na tym, dlatego gdy szukam obrazków, czy muzyki do pobrania zazwyczaj dodaje słowo “public domain” w wyszukiwarce. Domena publiczna jest najbezpieczniejsza w korzystaniu. Bardzo upraszczając, utwory nią objęte są dostępne do dowolnego wykorzystania. Można je pobierać, zmieniać, sprzedawać, bez pytania kogokolwiek o zgodę. I to za darmo. Zazwyczaj są to dzieła, których prawa już wygasły, np. gdy autor zmarł ponad kilkadziesiąt lat temu (okres zależny od kraju, w Polsce to 70 lat). Są też autorzy, którzy świadomie nadają swoim utworom licencję otwartą, np. CC0, by umożliwić innym swobodne z nich korzystanie.

Ok, domena publiczna jest prawnie bezpieczna i darmowa. A wiecie, co jest jeszcze lepsze? Jaka to jest pożywka dla ludzkiej kreatywności! Np. pokaz filmu z muzyką na żywo, o którym wspomniałam. Film jest w domenie publicznej, a koncert był kreatywnym do niego dodatkiem. I jakie to było wyśmienite połączenie! Gdybym oglądała ten film w domu, to nawet w połowie by mi się nie spodobał tak jak z dodaną do niego klimatyczną muzyką, która sprawiła, że totalnie wsiąkłam w audiowizualnym spektaklu.

Przykłady można mnożyć. Napiszę jeszcze co nieco o literaturze i programowaniu.

Kocham retelingi. To opowiadanie na nowo starych historii. Nie zliczę, ile adaptacji ma Królewna Śnieżka, czy inne baśnie. Czasem znam materiał źródłowy, czasem zapoznaje się z nim po przeczytaniu retelingu, a czasem w ogóle mnie do niego nie ciągnie. I wszystkie te podejścia są ok!

Jeśli chodzi o książkowe retelingi to miałam wielką frajdę czytając “Sagę Księżycową” Marissy Meyer (link do lubimyczytac.pl), jest tam między innymi Kopciuszek-cyborg, która gubi mechaniczną stopę, czy Roszpunka-hakerka zamknięta na satelicie. I mimo, że autorka korzysta z dobrze znanych postaci i inspiruje się ich oryginalnymi historiami, to nadaje całej historii zupełnie nową jakość. W retelingach lubię najbardziej tę mieszankę tego co znam, z zaskoczeniem jak to jest wykorzystane.

Kolejna autorka, która umie w retelingi to T. Kingfisher. Kilka jej książek słuchałam w formie audiobooków, np. “Co porusza martwych” (inspirowana “Zagładą domu Usherów” Edgara Alana Poego), “Zagłada puka do drzwi” (na bazie Gąsiareczki braci Grimm), “Cierń” (przewrotne podejście do Śpiącej Królewny). Każda mi się podobała na swój sposób.

Poza tym, publiczna domena to świetna opcja dla wydawnictw, np. Tajfuny zaczynały od “Zmierzchu” Osamu Dazaia (wydając nowe tłumaczenie do japońskiego tekstu, który jest w domenie publicznej) i mają kolekcję Tajfuny Mini, w której wydają teksty japońskich pisarzy i pisarek żyjących na przełomie XIX i XX wieku (btw, pięknie ta seria wygląda, a książki mają szyte grzbiety z widocznymi nićmi).

Mogłabym jeszcze długo pisać o literaturze, ale przejdźmy do programowania. Jest to dość młoda dziedzina, ludzie tworzą programy komputerowe od niecałych 100 lat. A mimo to mamy tysiące (może miliony?) języków programowania, frameworków, bibliotek, a jeszcze więcej aplikacji, które z nich korzystają. I jak dla mnie, tak duży rozwój w tak krótkim czasie był możliwy tylko dzięki otwartemu kodowi źródłowemu. W definicji wolnego oprogramowania wymienione są cztery wolności: do uruchamiania programu w dowolnym celu; analizowania jak działa i dostosowywania do swoich potrzeb; rozpowszechniania kopii bez zmian; udoskonalania i publicznego rozpowszechniania z ulepszeniami. Programiści wiedzą jak potężna jest moc społeczności. Otwarty kod nie tylko pozwala, by inni mogli się z niego uczyć, ale też sprawia, że każdy może dołączyć do jego współtworzenia, dodawania nowych funkcjonalności, pisania dokumentacji, czy poprawiania błędów. Mega wdzięczna jestem za wszystkich, którzy dokładają swoją cegiełkę do tworzenia otwartego oprogramowania.

Nie żyjemy w próżni, wszystko co robimy opieramy na czymś, co już było przed nami. Dlatego tak ważne jest mieć bezpieczny fundament, na którym można eksperymentować i budować swoje modyfikacje. I tym właśnie dla mnie są otwarte treści.

I jeszcze są zachętą do tworzenia! W obecnych czasach często jesteśmy zrzucani do roli konsumentów i biernych odbiorców, a każdy z nas ma w sobie kreatywną duszę gotową do tworzenia nowych rzeczy. Także, korzystajcie i twórzcie 😉

Polecajka

Otwartych treści można szukać na przykład na stronie https://publicdomainreview.org (po angielsku) – strona zbierająca ciekawe utwory z publicznej domeny (ilustracje, książki, filmy i audio), są też eseje na ich temat, kolekcje powiązanych treści. Uwielbiam stamtąd np. zbiór ilustracji z japońskiego magazynu Shin-Bijutsukai z 1902. I naprawdę warto zajrzeć w zakładkę ”Sources”, bo jest tam sporo odnośników do muzeów i innych instytucji udostępniających treści.

Zakończenie

Inspiracja:

Dodatkowe źródła (po polsku):

Dodatkowe źródła (po angielsku):

By the way, oznaczam, że treści z newslettera udostępniam w licencji CC BY 4.0, czyli Creative Commons 4.0 Uznanie autorstwa – możesz dzielić się i adaptować, zaznacz przy tym moje autorstwo.

​​​


Ciekawśdzik

Wymyślony i narysowany przez moją przyjaciółkę, Agę.

Przeuroczy. Za jej zgodą tutaj wylądował.

​